~x~ >> sobota, 10 stycznia 2009 15:56:12

Nie odchodzę.
Zawieszam.
Na jak długo? Nie mam pojęcia.
Może jak uporam się z problemami, związanymi z
Nim. I ze szkołą. I rzecz jasna, jak wróci wena.
Trzymam się dobrze, choć to wręcz absurdalne, bo życie zawaliło się na łeb, na szyję.
Nie wiem, jak mam żyć; nie wiem, jak zachowywać się na szkolnym korytarzu. Nie wiem, jak zachowywać się w
Jego towarzystwie.
To strasznie obce i wykańczające uczucie.
Kiedy nasza miłość zamieniła się w strach i złość?
Saruwatarikomentarze [1]Konfrontacja >> sobota, 17 maja 2008 21:01:30

- Aronie! - oparłam czoło na jego piersi.
Zupełnie zapomniałam o tym, co dzieje się dookoła mnie. Całe zamieszanie na dziedzińcu, walki toczone w komnatach zamku i gospodach – to wszystko przestało mnie obchodzić. Wiedziałam, że stało się coś strasznego, czego nie da się odwrócić. Straciłam kogoś, kto był mi bliski. Kto mnie wspierał.
Poczułam wilgoć na uchu. Podniosłam głowę, a na mój nos spadło kilka kropel. Po chwili, na ziemię spadły całe ich zastępy. Zrobiło mi się zimno, kiedy zawiał silny wiatr.
Ktoś złapał mnie za rękę i stanowczo pociągnął do góry. Spojrzałam mu w oczy.
- Velkan...
Nie odpowiedział nic. Przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił. Odwzajemniłam uścisk.
- Uważaj na siebie – mruknął mi do ucha i zniknął mi z oczu.
Dalej stałam w miejscu. Nie miałam siły, na jakikolwiek ruch. Nagle w kamienie przede mną wbił się nóż. Zareagowałam natychmiast. Spojrzałam w górę.
- Niech to!
Do ataku szykowały się dwa wampiry. Spojrzałam na ciało Arona. Przyskoczyłam do niego i podniosłam na minimalną wysokość.
Dwa sztylety przecięły powietrze.
- Znikaj! – usłyszałam dziewczęcy krzyk.
Następnie coś wywróciło całym moim żołądkiem. Poczułam mocne szarpnięcie w okolicy serca i otoczyła mnie ciemność.
*
Otworzyłam powoli oczy i omiotłam szybko sufit. Znajdowałam się w jakimś pokoju, który na pewno nie leżał w sąsiedztwie zamku Last Breath. Ostrożnie podniosłam się na łokciach. Byłam w komnacie sama, jeśli nie licząc ciała Arona.
- W końcu się obudziłaś.
Głos zdawał się wypływać ze ścian. Rozejrzałam się uważnie, by po chwili potwierdzić swoje przypuszczenie.
- Mam dość gry w chowanego – warknęłam. – Pokaż się.
Zapadła głucha cisza i trwała bardzo długo. Słyszałam głuche brzęczenie w mojej głowie, jakby małe kamyczki przesypywały mi się w środku czaszki. Nagle usłyszałam śmiech.
- Myślisz, że możesz mi rozkazywać?
Nie odpowiedziałam. Nie znałam przeciwnika, więc nie mogłam określić czy mam jakiekolwiek szanse w potyczce z nim.
- To, że cię jeszcze nie zabiłem, nie oznacza, że jestem zadowolony z faktu, iż muszę cię trzymać w mojej komnacie. Powinnaś okazać trochę wdzięczności.
Niespodziewanie przede mną zmaterializował się wysoki chłopak. Miał niebieskawe włosy i ciemne oczy. Ubrany był w długą, czarną szatę, która zdawała się mienić kolorami tęczy.
- Kim jesteś? – spytałam zdenerwowana.
- Może najpierw ty się przedstaw, co? – prychnął i spojrzał na mnie kpiąco. – Z tego, co widzę, to jesteś chyba wilkołakiem. Uszy ci wystają. I ogon – skrzywiłam się, słysząc ton jego głosu. Pełen był odrazy. – A nazywamy się jakoś?
- Saruwatari – burknęłam, przenosząc wzrok na ścianę po mojej prawej stronie.
- No, i już jakoś lepiej – uśmiechnął się chłopak. – Jestem Evadne.
Zamrugałam szybko powiekami i spojrzałam na niego. „Nie możliwe... TEN Evadne? Ten, o którym opowiadała mi Kiara? Władca Demonów?”
- Nie. Nie jestem Władcą Demonów – demon jakby stracił część swojego zapału. – Nigdy nie chciałem nim być. To strasznie kłopotliwe, kiedy wszyscy się na ciebie patrzą. Cały czas jesteś w centrum uwagi i musisz się wszystkim zajmować. A ja nie lubię takiego życia.
- Czy... czytasz w moich myślach?!
- Oczywiście. A coś ty myślała? Każdy demon to potrafi.
- A więc Kiara też? – zapytałam.
- Znacie się? – tym razem to Evadne był zaskoczony.
- Można tak powiedzieć – uśmiechnęłam się tajemniczo.
- Rozumiem... – Evadne zaczął chodzić na około pokoju. – To ona cię tu zesłała.
- Co?!
- Tak, tak – demon wyglądał na zadowolonego, że może się powymądrzać. - Nie chcę się chwalić, ale ja ją tego nauczyłem.
- „Narcyz” – przemknęło mi przez myśl.
- Wypraszam sobie!
W tym momencie drzwi otworzyły się i do komnaty weszła Kiara. Miała na sobie czarną, długą suknię, która była w wielu miejscach podarta. Ręce miała zakrwawione, a oddech był przyśpieszony.
- Kiaro! – spróbowałam wstać, ale jakaś siła zatrzymała mnie na podłodze.
- Nie ruszaj się. Nie wyjdzie ci to na zdrowie – powiedziała spokojnie moja przyjaciółka. – Evadne nałożył na ciebie bardzo silne zaklęcia. Nie uda ci się ich złamać, a stawianie oporu, pogorszy tylko twój stan – wskazała na rozcięte ramię i kilka ran na nogach.
- To byłaś ty?! – spytałam, puszczając jej słowa mimo uszu.
- Tak. Przeniosłam cię stamtąd. Nie chciałam, aby coś ci się stało – Kiara delikatnie się uśmiechnęła i spojrzała na Evadne.
Milczeli przez chwilę. Czułam narastające napięcie między nimi. Po kilku minutach Evadne skinął głową.
- Na razie, piesku – rzucił do mnie i wyszedł z komnaty, zamykając za sobą drzwi.
- Co za koleś! – syknęłam przez zęby.
- Uspokoisz się w końcu?! – krzyknęła Kiara. – Miałaś tutaj wyleczyć swoje rany, a nie kłócić się z moim nauczycielem!
Prychnęłam tylko w odpowiedzi.
- To nie było zbyt mądre.
- Co takiego?
- To, że przyszłaś mi pomóc – spojrzałam na dziewczynę, mierząc ją zimnym wzrokiem.
- Gdyby nie ja, dawno byłabyś już trupem – odparła spokojnie Kiara. – Wystarczy nam ofiar.
Mój wzrok powiódł do ciała Arona.
- Właśnie.
- A co z Velkanem?
- Nie mam pojęcia. Zajęłam się pomaganiem Sylphiel, ale sądzę, że nic mu nie jest. To doświadczony wilkołak. Nie da się tak łatwo zabić.
- A myślisz, że Aron nie był doświadczony?! – krzyknęłam.
- Nic takiego nie powiedziałam – odparła Kiara, a w tonie jej głosu nie dostrzegłam ani jednego akcentu złości czy irytacji. – Aron na pewno był wspaniałym wojownikiem. I przyjacielem – dodała, widząc, jak chwytam za jego zimną dłoń..
komentarze [4]Początek bitwy i ... wyznanie... >> sobota, 5 kwietnia 2008 15:19:00

~
Ta notka wyszła mi dłuższa. Ale nie jestem z niej dumna. Zawiera wszystkie moje negatywne emocje. I dlatego zrobiłam w niej coś, czego nie chciałam robić... W każdym razie, miłego czytania! ~
Długo nie patrzyłam o oczy mojej przyjaciółce, jednak wiedziałam, że ta mierzy mnie zimnym wzrokiem od czubka głowy po palce u stóp. Kiedy odważyłam się podnieść wzrok, zauważyłam, że spojrzenie Sylphiel w żaden sposób nie można było nazwać zimnym. Bała się. Czułam jej przyspieszony oddech i nienaturalnie szybkie bicie serca. Nic dziwnego. Ostatnim razem kiedy się spotkałyśmy nie potraktowałam jej zbyt łagodnie. Na samo wspomnienie tej nocy poczułam ukłucie w sercu.
Mimo wszystko nie zrobiłam ani jednego ruchu w jej stronę. Od wycieczki szkolnej minęło sporo czasu, a my oddaliłyśmy się od siebie. Poza tym Sylphiel stała się moim naturalnym wrogiem - samo to wyklucza przyjaźń. Choć od razu zauważyłam zmiany w jej zachowaniu i wyglądzie. Dziewczyna stała się bardziej czujna. Jej długie włosy mieniły się na złoto, a jej dużych skrzydeł nie dało się przeoczyć. Oczy zmieniły się z brązowych się fioletowo-zielone. Była również wyższa niż dawniej. Nigdy bym nie przypuszczała, że będzie prawie tego samego wzrostu co ja.
- Cześć - mruknęłam cicho, tępo wpatrując się w drzwi za wampirzycą.
Sylphiel milczała. Zdawało mi się, że nad czymś myśli, jednak nie byłam demonem, żeby w nich czytać. Mogłam tylko czekać.
Nie dane było mi jednak porozmawiać z przyjaciółką, bo niespodziewanie rozległy się krzyki na korytarzu. Koji zniknął na chwilę za drzwiami.
- Sylphiel, co się dzieje?
Przyjaciółka spojrzała na mnie.
- To ty nic nie wiesz?
- O czym?
- Te trąby oznajmiają atak na zamek - wyjaśniła wampirzyca. - A kto inny mógłby nas zaatakować, jeśli nie wilkołaki?
- Chyba nie sądzisz, że...
Drzwi otworzyły się hukiem. Obie odwróciłyśmy się w tamtą stronę. Na kamiennej podłodze leżał Koji, z licznymi ranami na ciele, a w drzwiach stało kilku uzbrojonych wampirzych żołnierzy.
- Saruwatari, uciekaj! - krzyknęła Sylphiel.
Takich rzeczy nie trzeba mi dwa razy powtarzać. Szybko przeanalizowałam sytuację - skoro drzwiami nie mogę, to jedynym wyjściem jest okno. Bez zastanowienia rzuciłam się w stronę szyby. Pazurami rozbiłam ją w drobny mak, a po chwili pojawiło się dziwne uczucie. Żołądek jakby podszedł mi do gardła, a ja nabierałam prędkości. Bruk dziedzińca zbliżał się w zawrotnym tempie. Wyciągnęłam ręce do przodu i zahaczyłam pazurami o kamienne kostki wieży. Tak jak przewidziałam - ześlizgnęły się z nich, ale prędkość się zmniejszyła. Spróbowałam popracować również nogami. Ten ruch zdał egzamin, a ja szybko zjeżdżałam ku pewnemu podłożu.
Coś musnęło mój policzek. Podniosłam głowę do góry i zauważyłam trójkę uzbrojonych wampirów pikujących w moją stronę. Rozejrzałam się dookoła i spostrzegłam dach kaplicy za sobą. Mocno odepchnęłam się od ściany wieży i, robiąc salto w tył, znalazłam się na dachu, rozłamując dachówki. Wampiry od razu zmieniły tor lotu, a ja zaczęłam biec po dachu. Pazury ślizgały się na gładkich dachówkach, a ja byłam już wykończona. "
Cholera... Co on mi dał?" - pomyślałam, mając w głowie Kojiego. Rana na ramieniu otworzyła się na nowo, co spotęgowało ból. Nagłe ukłucie w lewy bok przywróciło mnie do rzeczywistości. Mała strzałka z dachu wbiła się w moje ciało. Zignorowałam ją i biegłam dalej, przeskakując co rusz na inny dach. Niespodziewanie straciłam grunt pod nogami, a napastnicy zniknęli mi z oczu. Obok mnie przelatywały w górę różne budowle, a ja dopiero po chwili zorientowałam się, że znowu spadam. "
Może to i lepiej. Przynajmniej skończą się te ucieczki...". Zamknęłam oczy i czekałam na najgorsze.
Czyjeś ręce złapały mocno za moje nadgarstki i stanowczo pociągnęły mnie do góry.
- Saru, co ty wyprawiasz?! - krzyknęła Sylphiel.
- Kończę ze wszystkim - warknęłam, próbując wyszarpnąć się z uścisku przyjaciółki.
- Nie możesz się poddać! Koji teraz walczy o to, żeby nic ci się nie stało! Nie możesz teraz zginąć!
- Nie mów mi co mogę, a czego nie!
- Jak chcesz - Sylphiel rzuciła mnie na pobliski mur. Stąd do ziemi było już bardzo blisko.
Zeskoczyłam z gracją i ukryłam się za jednym wozem. Słyszałam krzyki kobiet i dzieci. Razem z ich płaczem wróciły wszystkie złe wspomnienia. Gdybym była ze szkła, pękłabym w mgnieniu oka, bo krzyk, jaki wydarł się z moich ust był przepełniony rozpaczą. Świat przestał dla mnie istnieć. Były tylko te złe wspomnienia i wszystkie cierpienia. Gardło mocno się ścisnęło. Poczułam smak łez.
- Saruwatari!
Obróciłam posłusznie głowę. Na środku dziedzińca stał Aron, a tuż za nim widziałam oddziały z naszego zamku. Podniosłam się szybko z zimnych kamieni, z zamiarem dołączenia do niego.
- Uwaga! - krzyknął Velkan, który pojawił się po drugiej stronie dziedzińca.
Skoczyłam w bok i przylgnęłam do ściany zamku. W powietrzu było pełno kurzu i, mimo że miałam doskonały wzrok, nie zdołałam rozpoznać osób wokół mnie. Słyszałam tylko przerażone głosy i odgłosy walki.
Kiedy kurz zaczął opadać, postanowiłam wytężyć wzrok, aby rozpoznać się w sytuacji. Nagle moje serce przestało na chwilę bić. Wpatrywałam się przed siebie i w obraz, który mi się ukazał. Kilka metrów przede mną stał Aron z włócznią w ręce. Po jego mundurze spływała krew. Broń, którą trzymał, również była nią pokryta. Dostrzegłam wielką dziurę w jego piersi.
Wilkołak uśmiechnął się do mnie i opadł na kolana. W ułamku sekundy w jego plecy wbiły się strzały. Nie wiele myśląc, podbiegłam do niego i odciągnęłam go w zacienione miejsce.
- Aronie... - powiedziałam, dusząc się gorącymi łzami.
- Saruwatari - delikatnie pogłaskał mój policzek. - Kocham cię... - chwyciłam jego dłoń w swoje ręce i przyłożyłam do ust.
Jego uścisk rozluźnił się...
Oczy powoli się zamknęły...
- ARON!! - krzyknęłam. Nawet nie powstrzymywałam łez.
Dłoń bezwładnie upadła na kamienny bruk...
komentarze [3]Spotkanie >> wtorek, 18 marca 2008 18:21:05

Woń herbaty z zielonej mięty, przywróciła mnie do rzeczywistości. Koji siedział na wysokim krześle kilkadziesiąt metrów dalej i wpatrywał się w widok za oknem. Powoli podniosłam się na łokciach i rzuciłam okiem na pomieszczenie.
Znajdowałam się w małej komnacie. Najprawdopodobniej na szczycie jakiejś wieży, bo za oknem, z mojej perspektywy, widać było tylko niebo. W oknach nie było żadnych zasłon, a w pomieszczeniu, oprócz łóżka i kilku mebli, nie było nic więcej, jeśli nie liczyć futrzastego dywanu na podłodze.
Ciarki przeszły mi po plecach. Ostrożnie zsunęłam się z łóżka i sięgnęłam po kubek z naparem.
- Ile spałam? - spytałam, między jednym łykiem a drugim.
- Krótko - odparł Koji. - Jakieś piętnaście godzin.
Kiwnęłam głową i podeszłam do wampira. Delikatnie pogładziłam jego ramię. Uśmiechnął się, ale dalej patrzył w ten sam punkt za oknem. Zirytowało mnie to, więc podeszłam do okna, zasłaniając tym samym widok blondynowi. Jego uśmiech, ku mojemu zdziwieniu, poszerzył się jeszcze bardziej.
- Jeśli chciałaś zwrócić moją uwagę, trzeba było powiedzieć - mruknął.
- A kto mówi, że chciałam?
- No wiesz, stajesz przede mną w takim stroju... - spojrzałam w dół.
- Koji! - krzyknęłam i odruchowo się zasłoniłam.
- Co? - zapytał wampir, szczerze zdziwiony.
- Jakie
co??! Kto ci pozwolił?
- No przepraszam bardzo, ale musiałem, jakoś zaszyć ci ramię - założył ręce na piersi i zrobił obrażoną minę.
Dotknęłam prawego ramienia. Rzeczywiście, wyczułam szew pod palcami.
- Niech będzie, ale następnym razem informuj mnie, kiedy będziesz chciał mnie zostawić w ... tym czymś! - wskazałam na cienką warstwę materiału, przewiązaną wokół piersi.
- Już się tak nie rumień. To nie jest nic strasznego.
- ... Gdzie jesteśmy? - postanowiłam zmienić temat.
- Wyjrzyj przez okno.
Odwróciłam się i zachłysnęłam się powietrzem. Znajdowałam się w wieży potężnego zamku. Kilkanaście metrów pode mną rozpościerał się dziedziniec. Coś szybko przeleciało przed moimi oczami, a ja gwałtownie cofnęłam się do tyłu, w wyniku czego wylądowałam na kolanach Kojiego.
- Widzę, że dzisiaj masz bardzo dobry humor - wampir pocałował mnie w kark i objął w tali.
- Koji, to nie jest odpowiedni czas i miejsce. - fuknęłam, mimo że było mi dobrze. - Gdzie-ja-jestem? I-czy-to-co-przed-chwilą-widziałam-było...
- ... wampirem? - dokończył za mnie Koji.
- Koji...
- Ja wiem, że możesz czuć się niepewnie i, że może ci się coś nie podobać, ale... wierz mi! Nie miałem co z tobą zrobić, ani dokąd cię zabrać, więc...
- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że... - wstałam z jego kolan i cofnęłam się pod ścianę.
- Tak się jakoś złożyło, że... - blondyn zrobił głęboki wdech. - Oj, co ja będę owijał w bawełnę! Jesteś w Last Breath!
Serce zamarło mi z przerażenia. Byłam ranna i znajdowałam się w zamku mojego wroga. Nic gorszego chyba nie mogło mi się przydarzyć.
- Czyś ty zwariował? - szepnęłam. - Jak mnie ktoś tu znajdzie, to obydwoje będziemy mieć niezłe kłopoty!
Koji spojrzał na mnie. Widziałam, że był spokojny.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Popatrzyłam na nie z przerażeniem.
- Schowaj się! - syknął wampir.
Rozejrzałam się dookoła, lecz nie zauważyłam żadnego dobrego miejsca na schronienie. Wskoczyłam na łóżko i mocno odbiłam się na jego sprężynach. Tym sposobem znalazłam się na jednej z drewnianych belek podtrzymujących sufit. Koji otworzył drzwi szybkim ruchem. Osobę, którą w nich zobaczyłam, była ostatnią, którą chciałam tu widzieć.
- Witaj Koji! - Sylphiel wtargnęła do komnaty. - Dlaczego się ukrywasz?
- Eem... Sylphiel, to nie jest odpowiedni moment...
- Dlaczego nie? - Sylphiel najwidoczniej bardzo chciała coś z niego wydusić.
- Nie twoja sprawa - uciął wampir. - Tam są drzwi!
... poczułam jak pazury ześlizgują się z drewna. Mięśnie dalej były pod wpływem znieczulenia...
- Wiem. Zawsze możesz wyjść - wampirzyca uśmiechnęła się.
... wiedziałam, że zaraz spadnę...
- Masz natychmiast opuścić moją komnatę! - krzyknął Koji.
... nie wytrzymałam. Pazury obsunęły sie całkowicie z drewnianej belki, a ja z głośnym krzykiem spadłam na pościel leżącą na łóżku.
To niemożliwe... Zsunęłam z siebie kołdrę.
- No i masz babo placek... - westchnął Koji i zamknął drzwi.
- Sa... Saru... - Sylphiel zamarła w bezruchu.
Kchem, kchem... Wiem, że krótkie xD Ale nie będę już szukać dla siebie wymówki... ^^"komentarze [2]Zasadzka >> poniedziałek, 3 marca 2008 16:44:12

Wyprostowałam się i ziewnęłam.
- Nie nadaję się do wojska... - mruknęłam, a moje oczy powędrowały ku Velkanowi. - To na pewno jego sprawka. Jestem tego pewna...
Przedzieraliśmy się przez wysokie - sięgające pasa - chaszcze na wilgotnych bagnach. Cały mój strój był pokryty błotem, a ja byłam coraz bardziej zniecierpliwiona. Długie wyprawy to była zdecydowanie ta czynność, której nie lubiłam. Ale jak widać, żołnierz nie zawsze ma to, czego chce. "
A tak na marginesie... To czy ja się zgadzałam na to całe wstąpienie do armii?". Odpowiedź była prosta.
Obejrzałam się za siebie. Tak jak myślałam - wejścia do lasu nie było już widać. Oparłam się o jedno z drzew i otarłam czoło wierzchem dłoni. Miałam chęć o coś spytać. Była to chęć ogromna. Nie mogłam się powstrzymać.
- Daleko jeszczeee? - zawołałam. - To nie jest wojna, tylko obóz przetrwania!
- Krzycz głośniej Saruwatari. Na pewno nikt Cię nie usłyszy - odparł spokojnie Velkan, a moje pytanie zostało zignorowane.
Już miałam zamiar mu odpowiedzieć, gdy nagle w drzewo, przy którym stałam, wbił się sztylet ze zdobioną kośćmi rękojeścią.
- Vel... - zaczęłam, ale wilkołak właśnie skoczył ku mnie i wciągnął mnie za drzewo. - Zasadzka? - spytałam od razu.
- Teraz zobaczymy, czy przyjęcie Ciebie do składu było dobrym posunięciem.
- Hę?
Velkan szybko mnie wyminął i straciłam go z oczu. Nastała cisza. Nikt nie krzyczał, choć myślałam, że tak będzie. Przejechałam kilka razy pazurami po korze drzewa.
- Co ja jestem? Predator? - wymruczałam.
Niespodziewanie poczułam, jak czyjeś silne ręce łapią za moje ramiona i ciągną mnie stanowczo do tyłu. Odskoczyłam od napastnika w tym samym momencie, w którym powietrze przeszył sztylet. Przede mną stał wampir w szaro-brązowej szacie.
- Zwinna jesteś - uśmiechnął się. - Ciekawe, czy taka sama jesteś w łóż...
Nie zdążył dokończyć zdania, bo podbiegłam do niego i wbiłam mu pazury w pierś. Spojrzał na mnie dziwnie, a ja rozerwałam go na dwoje.
- Saruwatari! Z lewej!
Zwróciłam się w tamtą stronę, jednocześnie robiąc mostek do tyłu. Wampir przeleciał tuż nade mną. Stanęłam na przeciwko niego, czekając na jakikolwiek ruch z jego strony, jednak przeciwnik nawet nie drgnął. Nagle poczułam ból w prawym ramieniu. Skrzywiłam się i obejrzałam za siebie. Wampir w takiej samej szarej szacie stał za mną i mierzył we mnie drugim sztyletem. Szybko odskoczyłam na bok i ukryłam się za głazem. Z mojego ramienia wypływała struga krwi, a między moimi pazurami znajdowały się kawałki mięsa. "
Zasadzka... Jak mogłam tego nie przewidzieć...?". To pytanie powtarzałam sobie co chwilę.
Usłyszałam szmer za sobą. Mimo iż były tam krzaki, a po wampirach spodziewałam się akurat ataku z powietrza, to jednak wolałam upewnić się, czy aby na pewno nie ma tam nikogo. Odepchnęłam się mocno od ziemi i wleciałam w zarośla. Ku mojemu zdziwieniu nie wylądowałam bezpiecznie na krzakach, tylko... spadałam głową w dół! Zdążyłam zauważyć, że odbijam się od skał i spadam co raz niżej. Czułam ból na całym ciele i krew w ustach. Zamknęłam mocno oczy, aby nie dostał sie do nich piasek. Chciałam być już na samym dole...
~*~*~*~
Kiedy otworzyłam oczy, zauważyłam, że leżę na brzegu rzeki. Podniosłam się na rękach i rozejrzałam dookoła.
- Ani śladu wampirów - stwierdziłam. - Ale... gdzie ja w ogóle jestem...?
Przemyłam rany w wodzie i ruszyłam na północ. Słońce prawie tu nie docierało. Spojrzałam w górę. Znajdowałam się w jakimś kanionie.
- Późno już - mruknęłam do siebie, patrząc w niebo. - Ciekawe, jak daleko zaszli...
Powoli stawiałam kroki. Byłam zbyt zmęczona, aby wykonywać jakieś inne czynności. Nawet nie nasłuchiwałam, czy nadchodzi niebezpieczeństwo. W kanionie zrobiło się kompletnie ciemno. Usiadłam pod ścianą wąwozu i objęłam kolana ramionami.
- Zimnooo... I jestem głodna. Velkan jeszcze pożałuje tego, co mi zrobił - pochyliłam głowę. - Zaczynam gadać do siebie!
Czułam się żałośnie - młody, bystry i silny wilkołak nie może sobie znaleźć pożywienia.
- Co by to było, gdyby mnie Aron teraz zobaczył...?
- Ciągle nawijasz o jakiś kolesiach! Zaczynam się czuć zazdrosny!
Natychmiast poderwałam głowę do góry. Nade mną stał Koji i szczerzył zęby w przepięknym uśmiechu.
- Koji! - krzyknęłam i rzuciłam się na niego.
- Spokojnie! Ja też się cieszę, że Cię widzę! - wampir objął mnie czule. - Co Ty tu robisz sama?
- Eem... walczyłam...
- To widzę... - Koji spojrzał na moje ramiona. - Kto Cię tak załatwił?
- Już nie żyje - prychnęłam. - Poza tym, bardzo dobrze się trzymam.
- Właśnie widzę - Koji lekko klepnął mnie w ramię. Syknęłam.
- Bardzo śmieszne.
- Głodna? - Koji zmienił temat.
- Jak wilk - uśmiechnęłam się.
- Trzymaj się!
Wampir wziął mnie na ręce i wzbił sie w powietrze. Wtuliłam się w jego pierś i zamknęłam oczy.
- Jak dobrze, że Cię mam...
~*~*~*~
Krótko, krótko, krótko... Wiem, wiem ;D Ale nie mam czasu xD Zaraz lecę kręcić film u Tokara ;] A tak na marginesie... To jestem głdna >Dkomentarze [2]Bo miedzy ognistą miłością a lodową nienawiścią istnieje tylko cienka linia >> sobota, 9 lutego 2008 15:51:14

Słońce powoli wynurzało się znad pasma gór, a jego promienie delikatnie muskały moją twarz. Wstałam i przeciągnęłam się. Spojrzałam na moich śpiących towarzyszy. "
Od wczoraj pokonaliśmy 1/4 trasy. Jak tak dalej pójdzie to nie zdążę ostrzec Kojiego... Niech to!"
- Witaj Saruwatari - usłyszałam głos Velkana za sobą. Odwróciłam niechętnie głowę, wciąż milcząc.
Patrzyliśmy na siebie kilka ładnych minut. W końcu to on przerwał nieprzyjemną ciszę:
- To się wyda.
- ...
- Nawet jeśli nie teraz, to na pewno w przyszłości.
- ...
- Przestań udawać, że Cię to nie obchodzi! To was zniszczy!
- ...
- Saruwatari!
- A co mam Ci odpowiedzieć?! Przecież wiesz, że nie zrezygnuję z niego! - krzyknęłam i spróbowałam odejść.
- Ale nie możesz postępować w ten sposób! - Velkan nie dawał za wygraną. Uparty wilk.
- W jaki?! - wyrwałam rękę z jego uścisku. - Może byś się zastanowił nad tym, co mówisz?! Ja go kocham! I nic mnie nie obchodzi NASZE prawo!
- Grozi wam śmierć!
Skoczyłam na niego. Nienawiść zalała mnie od stóp po sam czubek głowy. Velkan upadł ciężko na wilgotną trawę, a ja przycisnęłam go do niej z całej siły, napierając rękami na jego klatkę piersiową.
- Grozisz mu? - wysyczałam. Czułam jego niespokojny oddech na mojej twarzy oraz szalone bicie jego serca.
- A jeśli naw... - urwał w pół słowa, bo moje pazury wbiły mu się głęboko w brzuch.
- Nie próbuj nawet go dotknąć - szepnęłam mu do ucha. - Jeśli spróbujesz zrobić mu krzywdę - szarpnęłam pazurami, a Velkan jęknął cicho z bólu. - to Cię zabiję...
Zapadła cisza. O wiele bardziej nieprzyjemna niż na początku. W oczach Velkana widziałam strach i coś jakby... dumę? Nie... To na pewno nie mogła być duma. "
Niby z czego miałby być dumny?"
- Zapamiętaj to - powiedziałam i nagle poczułam się strasznie głupio. Wyszarpnęłam pazury z ciała Velkana.
Wilkołak powoli podniósł się. Rana była faktycznie spora. Bez słowa minął mnie i skierował się do wilkołaka śpiącego kilkanaście metrów dalej, który był odziany w białą szatę.
Słońce było już wysoko, a moi towarzysze zaczęli się przebudzać.
***
Sylphiel wylądowała z gracją na najwyższej wie
Ży zamku Last Breath. Rozejrzała się po dziedzińcu. Nagle dostrzegła tego, którego szukała. Złożyła po sobie skrzydła i zleciała w dół.
- Hej! - rzuciła na przywitanie i wylądowała na kamiennym bruku przed chłopakiem.
- Cześć... - mruknął ten od niechcenia.
- Eem... Co porabiasz? - spytała Sylphiel, niezrażona jego niechęcią.
Chłopak spojrzał na nią. Jego czarne oczy odbijały promienie słoneczne, a jego czarnymi, długimi włosami bawił sie wiatr.
- Idę przed siebie - odparł inteligentnie i wyminął ją.
Sylphiel wpatrywała się w miejsce, w którym przed chwilą stał.
- Jakaś Ty ambitna - prychnął Koji i stanął za nią.
- O co Ci znowu chodzi, cooo? - Sylphiel spojrzała na niego wilkiem.
- No chcesz się zaprzyjaźnić z synem władcy. To jest wielka ambicja.
- Ja nie widzę w nim nic niezwykłego. - skłamała.
- Nie... wcale - usta Kojiego rozciągnął uśmiech.
Sylphiel nie zwróciła na to uwagi. Odwróciła się i powiodła za nim wzrokiem. On.
Syn władcy. Dla niej był kimś innym. Taki niedostępny. Taki piękny. Taki niesympatyczny. Taki... cudowny...
- Ma na imię Taiki - powiedział Koji i odszedł, wciąż uśmiechając się pod nosem.
Promienie słońca zalały dziedziniec zamku. Wampiry zaczęły się po nim krzątać, jak co dzień. Tylko Sylphiel stała w bezruchu.
- Taiki...
***
Fala czerwono-złotego światła zalała ogromną salę w czarnym zamku. Ciepło, które dawało to światło zdawało się przenikać na wskroś czarne mury. A po środku tego światła stała Kiara. Obie ręce wzniosła do góry, a jej oczy były przysłonięte firanką rzęs. Usta miała zaciśnięte, a na jej policzki wpełzły leniwie rumieńce.
- Brawo Kiaro - pochwalił ją Evadne.
Kiara nie dosłyszała jednak jego słów. Teraz była w świecie swoich wspomnień. DOBRYCH wspomnień. Jej pierwsza wycieczka za granicę. Jej pierwsza balowa sukienka, kiedy miała 5 lat. Pierwsza szóstka w szkole. Pierwszy rower. Pierwszy pies. Pierwsze zauroczenie...
I nagle coś pękło. Kiara wykrzywiła usta w okropnym grymasie. Ręce jej zadrżały. Czerwono-złote światło zamieniło się na czarno-szare, które nie było już ciepłe, tylko lodowate. Okna pokryły się szronem. Kamienna posadzka została silnie oblodzona. Ramiona Kiary popękały i zaczęły z nich wypływać strużki szkarłatnej krwi, która zostawiała ślady na białej posadzce. Z oczach dziewczyny pojawiły się łzy.
A potem nastała głucha cisza. I trwała tak przez kilkanaście minut.
Ciszę przerwał głośny krzyk rozpaczy...
***
Wieeeeem, że krótkie! NIE BIĆ!! Błagam! T_T Ja nie mogłam się zdobyć, żeby napisać coś więcej... Po prostu czułam, że ktoś by zginął... xD A tego na razie nie chcę ;D
P.S.
Dzięki Kiaro, za zwrócenie uwagi na błąd ortograficzny >Dkomentarze [2]Początek wojny >> sobota, 19 stycznia 2008 16:34:21

Zanurzyłam się w gorącej wodzie. Po siedzeniu z Kojim na zewnątrz, na dodatek w deszczu, dobrze mi zrobi gorąca kąpiel. Spojrzałam przed siebie. Zimne ściany. Było w nich coś pięknego. Błyszczały zielonym kolorem i odbijały w sobie wodę. I jeszcze wilgotność w powietrzu. A zamiast lamp, zwykłe pochodnie. Szum wody oraz wycie wiatru.
- To nie są warunki do relaksującej kąpieli... - mruknęłam.
Usłyszałam, jak ktoś przebiega przez korytarz za drzwiami. Po chwili moje uszy zaczęły wyłapywać pojedyncze słowa. "
...wojna...", "
...porwanie...", "
...straciliśmy cały oddział...". Jako, iż jestem ciekawska z natury, owinęłam się ręcznikiem i uchyliłam drzwi. Zauważyłam Velkana. Rozmawiał z kilkoma innymi wilkołakami.
- Uważam, że powinniśmy zacząć działać jak najszybciej.
- Ale to nie jest rozsądne wyjście! Poza tym, Sinnomaru-sama nic nie wie o naszym spotkaniu! Może to uznać za zdradę lub lekceważenie jego osoby!
- Nic mnie nie obchodzi, co sobie pomyśli ten zakichany kundel - warknął Velkan. - Jeśli nie podejmiemy decyzji teraz, cała straż północna nigdy nie wróci z miesięcznej warty!
Velkan był naprawdę wściekły, a to, że obraża naszego przywódcę to niezbity dowód. Po raz pierwszy mówił tak o kimś, kto stał od niego wyżej.
- Decyzja należy do was. Albo zrobicie to, o co proszę, albo... będę zmuszony użyć tego - w jego ręku zalśnił flakonik z cieczą, lecz szybko zniknął mi z oczu. Na ustach Velkana pojawił się lekki uśmiech. Nie widziałam twarzy jego towarzyszy, ale najprawdopodobniej byli wystraszeni. - Widzę, że się rozumiemy. Zbierzcie mi oddział najlepszych wojowników. Nie możemy przegrać tej wojny.
- Hai!
- A, i jeszcze jedno... Nie zapomnijcie o Saruwatari...
Zamknęłam drzwi.
Co? Dlaczego ja? Nie jestem tak dobra, jak myślą... Po cichu weszłam do wody i oddałam się całkowicie myślom o przyszłej wyprawie.
***
Słońce uporczywie przedzierało się przez brunatne zasłony w mojej komnacie. Ktoś musiał je rozsunąć, bo zawsze na noc zasłaniałam okna. Usiadłam na łożu i przeciągnęłam się. Moją uwagę przykuła złota koperta, która leżała na zdobionym stole obok mojego łóżka. Wiedziałam, jaka jest jej zawartość. Ześlizgnęłam się z czerwonej jak krew pościeli i ruszyłam w kierunku szafy. Złapałam za uchwyt, po czym stanowczo przyciągnęłam ręce do piersi.
- Co... co jest?! - wrzasnęłam na całe gardło.
Otóż w mojej szafie nie było ani jednego mojego stroju! Cała była pusta.
- Bardzo śmieszny żart...
Zamknęłam szafę i oparłam się plecami o jej hebanowe drzwi. Dopiero teraz zauważyłam, że na krześle przy stole leży mały pakunek. Otworzyłam go od niechcenia, a moim oczom ukazał się... brązowo-zielony strój.
Gdzieś już taki widziałam... I wtedy przed oczami pojawił mi się obraz przedstawiający Arona. Pamiętałam tę scenę. To było zaraz przed tym, jak dostałam się w łapy wampirów.
- Czyżby to... był mundur?!
***
Niewygodne. Okropne. Ciasne. Krępujące ruchy... - takie właśnie myśli miałam w głowie, kiedy stałam przed Sinnomaru, razem z pozostałymi uczestnikami wyprawy.
- Tylko wy możecie ocalić...
- No nie... Czuję się, jak Bruce Willis... - westchnęłam cicho, a kilka minut później dostałam po głowie od Velkana, który stał za mną z bardzo poważną miną.
Wywróciłam oczami. Nie lubię takich oficjalnych przemówień. Poza tym, Sinnomaru wcale nie obchodziło, że to niebezpieczne. Mało co go obchodziło. Kochał tylko swój zamek.
W końcu "kazanie" się skończyło i wszyscy skierowaliśmy się do wyjścia. Poczułam na swoim ramieniu czyjąś dłoń. Obróciłam się.
- Powodzenia - powiedział Aron i uśmiechnął się blado.
Bał się o mnie. Można było to wyczytać z jego oczu. Odwzajemniłam uśmiech.
- Nie zamierzam zginąć.
- Saruwatari! - usłyszałam głos Velkana. Stał przy drzwiach i czekał na mnie.
Uścisnęłam dłoń Arona i wybiegłam z zamku na dziedziniec. Mój oddział składał się z dziesięciu wilkołaków, razem ze mną. Do tego jeszcze Velkan oraz jakiś przymulony wilkołak, co najmniej o piętnaście lat straszy ode mnie. Brama od zamku otworzyła się.
- Zaczęło się - powiedziałam do siebie.
***
- KONIEC!
Kiara osunęła się na kamienną posadzkę. Z jej rozciętego ramienia ciekła krew, a nadgarstek był spuchnięty. Mały klejnot upadł obok jej nogi, rozświetlając kamienie seledynowym blaskiem.
- Kiaro... Ćwiczymy to już piąty dzień. Może byś w końcu pokazała, że robisz postępy?
- Robię - Kiara oparła się na zakrwawionej ręce, ale zaraz potem syknęła z bólu.
- Widzę, że znowu to samo - Evadne skrzywił się. - To już piąty raz, kiedy pękają Ci ścięgna w ręce. Mówiłem Ci, za dużo zużywasz energii.
- Nie moja wina! Nie nauczyłeś mnie, jak się panuje nad energią!
- Nie przeczytałaś tych książek, co Ci dałem?
- Przeczytałam! Ale ja potrzebuję praktyki, a nie teorii!
- No nie denerwuj się już tak. Na dzisiaj skończymy. Za dużo w Tobie złości, więc pewnie Ci nie wyjdzie.
- CO?!
***
I jak? xD W końcu zebrałam się, aby coś napisać, mimo że nie bardzo miałam dzisiaj czas. Ale jest nowa część. Zdaję sobie rację z tego, że krótka, ale... nie miałam czasu, żeby napisać coś dłuższego ^^"komentarze [2]Legend of Saruwatari: Renaissance ^^ >> niedziela, 13 stycznia 2008 12:58:23

Witam wszystkich na ponownym otwarciu tego bloga ^^ Historia Saruwatari, zamienionej w wilkołaka... Ale czy tylko? MIŁOŚĆ, WOJNA i PRZEZNACZENIE! No i potężna dawka humoru! ;D (znaczy... w razie potrzeby ;P)
Pomyślałam sobie - "Czegoś mi brakuje", no i padło na to, że brakuje mi tej opowieści. Dobrze, że zachowałam ją na dysku ^-^
Ciąg
Dalszy
Nastąpił! xDDD
STRESZCZENIE POPRZEDNICH CZĘŚCI
Saruwatari - wesoła i zwariowana nastolatka z głową w chmurach, to nasza główna bohaterka. Pewnego dnia wyjeżdża na wycieczkę klasową do małego hotelu (uważanego przez Kiarę - HOSTELU), w którym dzieją się dziwne rzeczy. Saruwatari zostaje wciągnięta w wir wydarzeń, które są związane z wojną dwóch światów - wilkołaków i wampirów. Nasza bohaterka staje się wilkołakiem (choć broni się przed tym, jak tylko może), ale dalej posiada ludzkie uczucia... Które są następstwem wielu dziwnych zachowań. Wilkołak łamie prawo zakochując się wampirze, a Saruwatari czuje pociąg przez miętę do młodego Kojiego, wampira, od którego zaczęła się dla niej ta dziwna podróż. Zachowania Saru narażają na niebezpieczeństwo jej dwie najbliższe przyjaciółki - Sylphiel oraz Kiarę. Dziewczęta zostają porwane przez dwie inne istoty, które bynajmniej nie mają przyjaznych zamiarów! Tymczasem Saruwatari wyznaje Kojiemu co do niego czuje, a on odwzajemnia się pocałunkiem. Są razem, lecz muszą się ukrywać.
Co będzie dalej? Jak potoczą się dalsze losy naszych bohaterów? Czy Saruwatari będzie miała dość odwagi, aby stanąć do walki ze swoimi najbliższymi przyjaciółkami?! Odpowiedzi na te i inne pytania poznacie czytając dalsze części "Legendy..." ^^
P.S.
Tak się zastanawiam... Znalazłam na kompie starą wersję tego opowiadania, którą pisałam jak miałam ok. 14 lat... Jest trochę gorsza niż obecna, ale... Obecną
GDZIEŚ wcięło == Więc jakby ktoś chciał, to ja dodaję linka pod
KRONIKĄ w
MENU. Można sobie pobrać i poczytać. W sumie nie chce mi się zmieniać całego tekstu, ale ta wersja dostarczy Wam wszystkich informacji i pozwoli Wam być na bieżąco z historią.
Enjoy! ^-^
(gdyby link nie działał - pisać! ;D)
komentarze [4]